Archiwum wpisów

Ten blog był kiedyś miejscem bardziej lifestylowym. Przez te kilka lat blogowania straciłam serce do lifestylu. Zaczęłam wierzyć, że wszystko w blogosferze już było i lepiej skupić się na tym, o czym ten blog pierwotnie miał być – czyli na grafice. Zresztą winny był też mój brak wiary w siebie i przekonanie, że pisać po prostu nie potrafię. Dziś wiem, że to był błąd i ten błąd powolutku naprawiam. Czym jest Pozytywny Lipiec? Jest to zbiór kadrów z całego miesiąca, których część mogliście zobaczyć w relacjach na Instagramie. Pokazuję kadry i wspomnienia z całego miesiąca. I chcę to robić co miesiąc. Uwaga, uwaga – macie okazję mnie lepiej poznać. Same duże sekrety moi Państwo, tylko dla Was, najlepszych czytelników!

 

 

Po zakończeniu roku moje biurko wołało o pomstę do nieba, notatki były wszędzie i przyszła pora na ich układanie. Podczas robienia porządków znalazłam jeszcze stare notatki z filologii angielskiej, Audrey namalowaną kawą, a nawet wydruki mojej pracy licencjackiej 😅 Po segregacji papierów okazało się, że w całym tym zamęcie więcej było zapomnianych dokumentów i przerażającej ilości zeszytów, niż samych notatek. Później przyszedł czas Netflixa i lenistwo. Miesiąc zaczęłam maratonem Ani z Zielonego Wzgórza (Ania, nie Anna), co doprowadziło do przeczytania wszystkich książek z serii.

 

 

Na fali wakacyjnej motywacji zapisałam się na Summer of Code – kurs dla programujących kobiet. Lipiec był miesiącem Pythona, robieniem wyzwań na HackerRank i kończenia kursu Bertelsmann Data Science Challenge Scholarship z Udacity. Zapytacie skąd taki pomysł? Programowanie polubiłam na pierwszym roku magisterki, kiedy to zajęcia o nazwie Odkrywanie wiedzy w bazach danych okazały się zajęciami z programowania w Pythonie (tak, takie rzeczy się zdarzają, chociaż to była najlepsza niespodzianka w ciągu tych dwóch lat).

 

 

Lipiec był też miesiącem czytania. W pierwszej połowie roku mocno skupiałam się na ukończeniu studiów z jak najlepszym wynikiem i często zamiast czytać wolałam już pooglądać serial dla relaksu. W lipcu udało mi się przeczytać 9 książek. Po przeczytaniu Ani zaczęłam Efekt Lucyfera, a teraz jestem w połowie Dziewczyn z Danbury (książki, na podstawie której powstał serial Orange is The New Black 😉). Poświęciłam się bardziej Bullet Journalingowi, a na Instagramie mieliście ostatnio okazję zobaczyć jak powstają poszczególne rozkładówki. Założyłam również konto, na którym będę się dzielić Waszymi pracami, ale o tym – w następnym poście. Rysunek przedstawia pandę, która pojawiła się na lipcowych tapetach. Część prac tutaj powstaje w ten sposób – zaczyna się od prostego rysunku na kartce.

 

 

Z początkiem wakacji postanowiłam spróbować być blondynką i rozjaśniłam włosy. Miał być Rose Gold Blonde (Medium). Po farbowaniu rozjaśnionych włosów dokładnie tym kolorem wyszedł rudo-blond. Ale nie ma problemu, na który nie pomogą różowa i fioletowa płukanka z Delii. Rose Gold to nie był, ale był close enough, żebym była zadowolona. Następnym razem przy takich eksperymentach pójdę do fryzjera 😅

 

W lipcu albo lało i grzmiało, albo było tak gorąco, że nic, tylko się usmażyć. Kiedy mieszka się na ostatnim piętrze z oknami na południowy-zachód i w mieszkaniu rogowym, temperatura +30 i słońce powoduje, że ma się, dosłownie, ochotę umrzeć. W pewnym momencie dnia wolałam wyjść na spacer, niż siedzieć w środku, bo na zewnątrz było zdecydowanie chłodniej. Ale z drugiej strony – przy takim słońcu popołudniowe zdjęcia wychodzą epicko!
Moja letnia szafa potrzebowała uzupełnienia. Zamówiłam dwie sukienki. Jedną, którą upatrzyłam u Ani z bloga aniamaluje, drugą (w wisienki) dla mamy. Sukienka dla mamy przyszła tak mała, że zwyczajnie mi ją oddała. Roztrzepana ja, nie przeczytałam komentarzy, w których ludzie pisali, że sukienka wychodzi mniejsza. Zaszalałam też na promocjach w Sinsayu i Bershce, a na koniec kupiłam wianek w h&m. A co!

 

 

Na gorąc zdecydowanie pomagały lody. Niestety kawę w sierpniu będę musiała odstawić, bo znowu nie za dobrze się po niej czuję. Może przerzucę się na mrożoną bezkofeinową 😅

 

 

Lipiec był też miesiącem przełomowym, jeśli chodzi o moje myślenie odnośnie tego miejsca. W głowie pojawiły się już pierwsze pomysły na wprowadzenie zmian. Można powiedzieć, że spotkanie z Anią, autorką Blue Kangaroo, trochę otwarło mi oczy. Nie tylko na prowadzenie Instagrama, na którym ostatnio bardzo się staram częściej Wam pokazywać, ale też na moje blogowanie. Sierpień ogłaszam miesiącem zmian. Tak właśnie.

 

W kwestii paznokci od jakiegoś czasu wrzuciłam trochę na luz. W zeszłym roku odrost strasznie mi wadził, więc robiłam paznokcie co tydzień. Nie wpłynęło to bardzo na kondycję moich paznokci, jeśli ktoś by się martwił. Ale było to strasznie uciążliwe. Z drugiej strony pozwoliło mi się bardzo wyrobić w malowaniu. W tym roku staram się robić paznokcie z minimum dwutygodniowym odstępem, nie zwracam już tak uwagi na odrost. W lipcu dorwałam się do dwóch lakierów z kolekcji Colors of Freedom od Neonail. Wild Heart i Fight For It to chyba najbardziej wakacyjne kolory z tej serii 🤔
Mam nadzieję, że sierpień przyniesie jeszcze więcej wrażeń. Mam nadzieję, że przyniesie zmiany, bo są mi potrzebne. Mam nadzieję, że temperatura na zewnątrz ograniczy się do 25 stopni, bo niektórzy pracują w domu i nie mają klimatyzacji. To tyle.
Nigdy nie myślałam o zostaniu informatykiem. Przechodziłam różne etapy, jak każdy. Kiedy pierwsze studia stłamsiły moje marzenia o zostaniu tłumaczem książek, nie wiedziałam do końca co chcę robić. W końcu padło właśnie na informatykę. Niestety moje studia nie skupiają się głównie na informatyce, więc postanowiłam rozwijać się na własną rękę.
Kiedy gdzieś między postami na Facebooku wyświetliła mi się reklama kursu z tworzenia aplikacji,  nie zastanawiałam się długo. Była to oferta stypendium od Google na kurs współtworzony z platformą Udacity. 3 miesiące szkolenia, 10 000 miejsc dla kandydatów z całej Europy, około 70 000 chętnych. Pomyślałam – czemu nie? Wypełniłam formularz, napisałam dlaczego chciałabym wziąć udział w kursie. Dwa miesiące później dostałam maila z potwierdzeniem przyjęcia.

 

Szkolenie trwało dokładnie trzy miesiące. Niestety, nie do końca spełniło moje oczekiwania. Początkowo dostaliśmy dostęp tylko do pierwszej części kursu, a do reszty dostęp miało uzyskać tylko najlepsze 1 250 osób wybranych po zakończeniu kursu. Dlaczego było to kiepskie? Ta pierwsza część kursu jest dostępna całkowicie za darmo, jeśli ma się konto na Udacity. W dodatku zrobienie jej zajmuje jeden dzień. Jedyną różnicą był dostęp do forum dla osób posiadających stypendium, oraz wsparcie mentorów na Slacku. Na szczęście uczestnicy grupowo zwrócili prowadzącym uwagę, że wykonanie zadania wymaga poświęcenia tak niewielkiej ilości czasu. Po dwóch tygodniach dostaliśmy dostęp do kolejnych dwóch części. W trakcie trwania kursu napisałam samodzielnie trzy aplikacje, plus kolejne trzy, które wykonywało się podczas nauki. Mocno wkręcił mnie temat projektowania aplikacji. Mogłam też wykorzystać moje umiejętności graficzne, dzięki czemu aplikacje były nie tylko funkcjonalne, ale i ładne. Czy ten kurs dużo mnie nauczył? Z pewnością. Uświadomił mnie też, że projektowanie aplikacji jest czymś, czym chciałabym się zajmować.

 

Po zakończeniu kursu nie miałam za bardzo czasu, żeby usiąść do projektowania aplikacji. Jednak pod koniec semestru zajrzałam do biblioteki i wypożyczyłam książki dotyczące projektowania aplikacji w Androidzie. Przymierzam się też do projektowania aplikacji na iOS. Czysty przypadek (albo dobrze stargetowana reklama), który sprawił, że zapisałam się na to stypendium, pozwolił mi znaleźć nową pasję. Wakacje zdecydowanie są dobrym czasem, żeby ją rozwijać 😉

Znajdziesz mnie też na Facebooku!

Paznokcie hybrydowe są ze mną już od ponad dwóch lat. Na początku robiłam je w salonie u profesjonalistki. Pierwsze hybrydy tak naprawdę zrobiłam za namową… Kolegi. Zachęcona poszłam do jego znajomej, poprosiłam, żeby długość była koniecznie do opuszka (później już chyba nigdy nie była), jak zawsze pojawił się problem z wyborem koloru (teraz Wam nie powiem, ale pewnie był to jakiś pastelowy odcień). Po kilku dniach przepadłam. Paznokcie wyglądały świetnie, z lakierem absolutnie nic się nie działo, poza tym, że po dwóch tygodniach było widać odrastający paznokieć. Po trzech tygodniach od założenia poszłam na korektę i od tego czasu chodziłam regularnie przez rok. Po roku postanowiłam ściągnąć hybrydy na dobre, zainwestować w frezarkę i wrócić do malowania paznokci zwykłymi lakierami. Jak pewnie się domyślacie długo to nie trwało (może cztery miesiące). Ciągle odpryskujący lakier, malowanie co kilka dni, chłopak wiecznie narzekający na zapach lakieru – to nie mogło się skończyć inaczej. Zbliżały się święta Bożego Narodzenia i powiedziałam – hej, przecież to nie takie trudne, mnóstwo dziewczyn robi hybrydy w domu samodzielnie, ja też mogę! I tak zamówiłam swój pierwszy zestaw.
Trzy pierwsze kolory.
Postanowiłam kupić zestaw, bo wychodziło taniej. Przekopałam Allegro i znalazłam zestaw z lampą UV 36W, Hard Topem i Hard Base, trzema kolorami z Neonail o pojemności 15ml i wszystkimi potrzebnymi przyborami. Powiedziałam – trzy duże kolory mi wystarczą, będą na długo, wybiorę uniwersalne (wiecie jak to jest, kiedy wmawiacie sobie różne rzeczy, a później przechodzicie obok stoiska z lakierami i już nie pamiętacie dlaczego?). Przesyłka przyszła szybko, kolory, oprócz wymarzonego granatu, odbiegały trochę od moich wyobrażeń, ale prawie natychmiast usiadłam do paznokci, żeby wszystko wypróbować! Prewencyjnie zaczęłam od paznokci u stóp. Jak to za pierwszym razem często bywa powychodziły mi różowiutkie kulfony. Niezrażona kolejnego dnia zrobiłam paznokcie u rąk. Kolor Cherry Lady okazał się idealny na święta! Po dwóch tygodniach paznokcie nadal trzymały się jak trzeba, złoty brokat niestety odprysł, ale nic innego się z nimi nie stało.
Od roku robię paznokcie sama, jeszcze nie zdarzyło mi się, żeby z lakierem na paznokciach coś mi się stało. Paznokcie nie są osłabione, nie łamią się, nie wyszło mi żadne uczulenie, ani inne świństwo. Jak się pewnie domyślacie kolekcja lakierów się powiększyła (znacznie) i nie wyobrażam sobie, żebym miała zrezygnować z robienia sobie hybryd.

Przede wszystkim wygoda.

Sam proces ściągnięcia i założenia hybryd jest czasochłonny. Tutaj nie ma akurat znaczenia lampa, której używam – mam też „słuchawkę” LED 9W i czas wykonania jest bardzo podobny. Do dużej lampy 36W mogę włożyć całą rękę (a nawet i stopę – może nie całą, ale wszystkie paznokcie) i nie muszę się martwić osobnym malowaniem kciuka. Zresztą same pewnie wiecie, jak się maluje paznokcie samej sobie, to jednak zabiera to więcej czasu. Ale efekt – nic nie odpryska, nie trzeba poprawiać, nie trzeba malować co dwa-trzy dni.

Oszczędność.

Ceny zestawów zaczynają się od 170 złotych (na allegro, z Neonail). Mniej znane firmy oferują zestaw nawet za 100 złotych, już z lampą i kilkoma kolorowymi lakierami. Za tę cenę zwykle robimy sobie paznokcie hybrydowe raz lub dwa u kosmetyczki. Wiadomo, że zakupione produkty w końcu się kończą, ale jeśli potraficie wytrwać w postanowieniu (ja nie), to kolor o pojemności 6ml może Wam starczyć na bardzo, bardzo długo. Nawet kupując jeden lakier miesięcznie oszczędzicie dużo. Oczywiście nie zastąpi to tej przyjemności, kiedy ktoś inny maluje Wam paznokcie, a po wszystkim masuje dłonie i nakłada krem, ale zdecydowanie można zaoszczędzić.

Wybór.

Często kosmetyczki mają ograniczoną paletę, z której wybieracie sobie kolory. Czytałam o przypadkach, gdzie w salonie było dziesięć kolorów na krzyż, nie było próbników z kolorami, a panie nie znały obecnych paznokciowych trendów. Magda z bloga Madziof.pl prowadzi na swoim blogu projekt Tajemniczy Klient, gdzie możecie poczytać o salonach w Krakowie i okolicach (uwielbiam tą serię!) – lepszych i gorszych. Robiąc paznokcie samodzielnie – idziesz na stoisko/do sklepu i sama wybierasz kolory. Jeśli chodzi o wzorki – słyszałam, że wiele stylistek ich nie wykonuje lub robi to bardzo niechętnie. Dla niektórych samodzielne wykonywanie wzorków jest zbyt trudne, ale serio – wystarczy poćwiczyć na próbniku, pooglądać trochę tutoriali na youtubie i będzie dobrze! A jeśli jesteś nieprzekonana, ale bardzo chcesz mieć wzorki – polecam wypróbować stempelki.
Mogłabym się chyba tak zachwycać w nieskończoność. Jak już wspominałam, nie skreślam kosmetyczek. Wiele z nas nie potrafi samej zrobić sobie paznokci. Innym jest wygodniej iść do kogoś. Można też niechcący samemu sobie zrobić krzywdę, więc czasami lepiej oddać się specjaliście. No i – kto nie lubi posiedzieć u kosmetyczki i poplotkować? Ja plotki zastąpiłam ciepłą herbatą i dobrym serialem, ale nie twierdzę, że nie mam czasami ochoty iść i popatrzeć jak ktoś inny dłubie mi przy paznokciach.

A Ty? Robisz sobie sama paznokcie czy bezpieczniej czujesz się oddając się w ręce komuś innemu?

ZapiszZapiszZapiszZapiszZapiszZapiszZapiszZapisz

Wyglądam za okno i widzę pozostałości śniegu po wczorajszym wieczorze. Włączam telewizor i na pierwszym kanale, który pokazuje się na ekranie leci prawdopodobnie nie pierwsza dzisiaj świąteczna reklama. Grudzień jeszcze dobrze się nie zaczął, a podejrzewam, że już za tydzień będę chora od promocji świątecznych, Last Christmas i ozdób na każdym rogu ulicy. Zaparzając kawę myślę – przecież mamy jeszcze listopad! Nie zdążyłam docenić wszystkich pięknych jesiennych rzeczy, a już odmawia mi się mojej ulubionej dyniowej kawy. W poprzednich latach jedyne z czym kojarzyła mi się jesień, to kolejne poprawki, rozpoczęcie roku akademickiego i głębokie postanowienie poprawy, które później było ukatrupione przez zimowe lenistwo (jestem niedźwiedziem, serio!). W tym roku mogłam w pełni docenić pewne rzeczy, które oferuje nam jesień i chciałabym się nimi z Wami podzielić.
Niezmiennie na pierwszym miejscu mojej jesiennej listy, co roku, jest Pumpkin Spice Latte ze Starbucksa. Gdy tylko widzę na ich Facebooku, że już można ją kupić pędzę do najbliższego Starbucksa i ustawiam się w kolejce. Stało się już tradycją, że przynajmniej raz każdej jesieni ją piję. To chyba najlepsza kawa, jaką piłam w sieciowych kawiarniach. Przyznam się, że nawet jadąc do szkoły specjalnie wychodziłam wcześniej, żeby wstąpić rano do kawiarni i nie zrażały mnie te potworne sobotnio-poranne kolejki. Niestety, ku mojej rozpaczy i złości, już na początku listopada ta kawa została zastąpiona świątecznym menu (shame on you!).
Powiecie, że picie wieczorem gorącej herbaty i czytanie książek to coś, co można robić o każdej porze roku. Ale powiem Wam, że to nie jest prawda! Jesienna aura, wcześniej przychodzący wieczór i chłodniejsze noce są idealnym czasem na kocyk i lekturę. W 30-sto stopniowym upale myślę tylko o znalezieniu kawałka cienia, a najlepiej transporcie na Antarktydę. Przez ostatnie trzy miesiące przeczytałam więcej książek, niż w każdej innej porze roku.
No właśnie! Te upały mnie niesamowicie męczą i zniechęcają do wszystkiego. Nie jestem też fanką srogiej zimy i śniegu po pas, ponieważ studiowanie strasznie mi obrzydziło zimę (nie dość, że zimno, to jeszcze przejdźcie przez miasto – Wasze buty będą brudne i białe od soli). Jesienne temperatury są dla mnie idealne, ubieram zwykłą kurtkę albo grubszy sweter, wciąż mogę chodzić w moich ulubionych trampkach. W dodatku w tym roku za naszymi oknami gościło piękne jesienne słońce. Wymarzony czas!
Kto nie uwielbia obudzić się troszkę wcześniej i zobaczyć za oknem słońca nieśmiało przebijającego się przez gęstą mgłę? Miasto wygląda wtedy przepięknie, ale wciąż przegrywa u mnie ze spacerem przez zamglone pola.
Nie wiem czy gdziekolwiek liście są piękniejsze jesienią, niż w Polsce. Różne kształty, różne kolory, drzewa powoli zamieniają się w złote pomniki, a na ziemi powoli kształtuje się kolorowy dywan. Początki jesieni są najpiękniejsze i dzięki tym właśnie liściom jest to chyba najromantyczniejszy czas (może poza leniwie padającym śniegiem).

 

Jabłka, orzechy, kasztany. Same dobre rzeczy! Jako że jestem szarlotkowym potworem, to jesień obfitująca w jabłka jest u mnie małym faworytem. Kasztany kojarzą mi się z moim Dziadkiem, który zawsze idąc do mojego domu zbierał po drodze całą reklamówkę kasztanów, nawet wtedy, gdy byłam już w gimnazjum i liceum.
Rzadko kiedy ubieram się w jasne kolory, nawet kiedy krzykiem mody jest pastelowy róż, czy miętowy. Jestem wielbicielką ciemnych kolorów, w mojej szafie znajdziecie jedną jasnoróżową bluzę, która ma czarne wstawki z siatki. Dlatego jesienne kolory to moja miłość. W tym roku zaopatrzyłam się w Mnishkhe w kolorze Navy Blue, pewnie niczego żółtego bym nie ubrała, ale ciuchy w bordowym kolorze wciąż są na mojej liście.

 

Zawsze jesień, nie wiosna, była dla mnie porą zmian i postanowień. Czas, kiedy wszystko kładło się do snu był dla mnie czasem, kiedy się budziłam, mimo mojego niedźwiedziego usposobienia. To właśnie czas jesieni jest czasem, kiedy mam najwięcej postanowień, kiedy stawiam sobie nowe cele i znajduje nowe rzeczy, których chcę się nauczyć. W dodatku wcześniej wspomniane niższe temperatury pomagają mi się skupić i bardziej poświęcić nowym wyzwaniom.

 

 

Jesień to też czas tego, co misie lubią najbardziej! W sklepach pojawiają się pierwsze kalendarze i planery! Jestem maniaczką kalendarzy, chociaż często zdarza mi się o nich zapominać, ale każdego roku przygarniam przynajmniej dwa i używam ich na zmianę. W tym roku z moim Simple Plannerem zamierzam to zmienić i opieram się zakupowi kolejnego kalendarza (którymi jestem bombardowana z każdej witryny sklepowej). Trzymajcie za mnie kciuki!

 

To chyba już wszystkie i najważniejsze rzeczy, które polubiłam tej jesieni.
A co Wy pokochaliście?