Archiwum wpisów

14 lat temu myślałam, że przeżywam najgorszy koszmar mojego
życia. Mieszkałam z rodziną w domku na przedmieściu, które wydawało mi się
wtedy miastem, miałam mnóstwo „ziomków” na ulicy. Z każdej strony otaczał mnie
miejski beton, dzieciaki jeździły na deskorolkach i piły piwo na parkingu
firmy, której nazwy nie pamiętam. Wieczorami marzyłam o własnej hulajnodze, na
której mogłabym przemierzać kolejne kilometry między miejskimi domkami i
zastanawiałam się jak tym razem włamiemy się z przyjaciółmi na plac zabaw przy
przedszkolu. Pewnego majowego wieczoru rodzice weszli do mojego małego pokoju i
oznajmili mi i mojemu bratu z ogromną radością, że się przeprowadzamy. Moje
krótkie życie przeleciało mi przed oczami. Jak to? Gdzie? Co ze szkołą? Z moimi
przyjaciółmi? Mama z uśmiechem na ustach powiedziała, że na pewno mi się tam
spodoba, że nie jest tak daleko i że praktycznie jest to przedmieście Katowic.
Po odwiedzeniu tego „przedmieścia” okazało się, że do Katowic im daleko, i to
naprawdę daleko, bo aż 30 kilometrów. Dookoła nie ma niczego oprócz hektarów
pustych pól. Najbliższy większy sklep? 20 kilometrów. Galeria handlowa?
Zapomnij. Po raz kolejny musiałam zaczynać wszystko od nowa. Byłam starsza, niż
za pierwszym razem, kiedy się przeprowadzaliśmy, jeszcze bardziej nieśmiała.
Nie opuszczałam podwórka przez miesiąc, pierwsze dzieci poznałam dopiero po
pięciu tygodniach. Czy przeżyłam? Oczywiście, w końcu ośmiolatki, to nie takie
całkiem aspołeczne stworzenia. Przez pierwsze dwa miesiące nie mogłam wybaczyć
rodzicom, że wywieźli mnie do tej „dziury zabitej dechami” jak nazywałam moją
uroczą wieś. Później zapomniałam o betonowych ulicach i miejskich domkach.
Pamiętałam o przyjaciółkach z ulicy, ale znalazłam nowe. Pokochałam wiejskie
życie i nigdy się to nie zmieniło, mimo że wróciłam do miasta dwa lata temu.
Jakie stereotypy krążą na temat życia na wsi? Czy naprawdę jest to najgorsze,
co można zrobić dziecku?

Ze wsi wszędzie daleko…

…a autobus do cywilizacji jeździ raz na godzinę. Czasami nie
przyjedzie. A czasami jest za wcześnie. Ogólnie dostać się gdziekolwiek jest ciężko.
Do miasta jechałam autobusem godzinę i piętnaście minut, zdarzało się dłużej.
Na studia dojeżdżałam… Dwie godziny, w zależności od połączenia. Kiedy chciałam
iść ze znajomymi ze studiów na imprezę miałam do wyboru zostać u kogoś na noc
albo tłuc się autobusem o 22:40 i być w domu o północy. Czy była to katastrofa?
Pewnie gdybym nie miała tak cudownych przyjaciół zrezygnowałabym z
imprezowania. Długie dojazdy nigdy mi nie przeszkadzały, lubiłam słuchać całą
drogę muzyki, odciąć się od świata i zamknąć się w swojej głowie. Jednak dla
wielu osób była to ogromna niedogodność, wiele osób nie wierzyło, że nie jest
to dla mnie problemem. Dużym plusem był oczywiście fakt, że moje zajęcia nigdy
nie zaczynały się wcześniej niż o 9:45.

 

Na wsi nie ma żadnych rozrywek.

Owszem, dla osób, które uwielbiają imprezować na okrągło,
chodzić po sklepach i popijać kawę za 15 złotych mieszkanie na wsi to nuda. Nie
ma też korpo-parkingów, po których można jeździć z kumplami na deskorolce i
ukradkiem popijać pierwsze nielegalnie kupione piwo. Dzieci nie mają
wypasionych placów zabaw, na które mogłyby się wkradać przez dziurę w płocie.
My jako dzieci mieliśmy tajne miejsce nazywane Dziurą.
Dziurę dookoła obrastały drzewa, na które można było się wspinać latem i
udawać, że gałęzie to pokoje albo różne poziomy świata. Dziura była dosłownie
wielką dziurą w polu, prawdopodobnie terenem, który kiedyś zapadł się trochę
przez kopalnię. W zimie była idealnym miejscem do jazdy na sankach. Znajdowała
się dosłownie pięć minut (bardzo powolnym) spacerem od naszych domów, więc nie
potrzebowaliśmy dorosłych, żeby się tam spotykać i bawić. W Dziurze nigdy nie
zawitał żaden dorosły. Pod koniec lipca chodziliśmy do lasu zbierać jeżyny.
Chodziliśmy na grzyby. Jeździliśmy na rowerach, im byliśmy starsi, tym dalej.
Mogliśmy jeździć na rolkach wszędzie. Cała wieś była naszą rozrywką. Kiedy
podrośliśmy chodziliśmy na spacery. Wyprawa do miasta była naszą rozrywką,
jednak nieczęstą. Ponieważ wszystko czego potrzebowaliśmy było na miejscu.

Na wsi nie ma dobrych szkół.

Kiedy nadszedł czas wyboru liceum moja koleżanka powiedziała
mi, że będzie jeździła do liceum do miasta, bo tutaj nie ma ani jednego
dobrego. Jest jedno liceum ogólnokształcące, ale licea w Katowicach mają lepszą
renomę, później świadectwo z jakiegośtamliceum będzie atutem podczas naboru na
studia. Postanowiła, że będzie dojeżdżać półtorej godziny, bo tam lepiej ją
przygotują do matury. Pamiętam, że strasznie pokłóciłam się wtedy z mamą, bo
też chciałam odebrać sobie dwie godziny życia i iść do tego liceum co ona. Do
liceum w Bieruniu miałam niecałe pół godziny drogi autobusem. W końcu posłuchałam
mamy i złożyłam dokumenty do Bierunia (tylko tam, głupia i zbyt pewna siebie
ja) i dostałam się (na szczęście, bo pewnie kończyłabym zawodówkę). I wiecie
co? Szkoły na wsiach wcale nie są gorsze. Moje liceum, szczerze mówiąc nie wiem
już jak długo, ma zawsze wyniki z matur powyżej średniej krajowej, a chyba
nawet zdarza się, że wyniki są najlepsze w województwie. Swoją drogą nie jest tak, że liceum jest odpowiedzialne za wynik Twojej matury. Z tego co wiem raczej
nikt też nie patrzył podczas naboru na studia czy mam maturę z jakiegośtamliceum
w Katowicach, czy z Kozkowa nad Odrą.

 

Mieszkańcy wsi to istne wieśniaki.

No cóż, niektórzy są wieśniakami, ale w mieście też można
spotkać takiego na każdym kroku, a na wsi nigdy nie był. Prawda jest taka, że
jak ktoś się nie potrafi zachować, to otoczenie, w którym mieszka niczego nie
zmieni. Czy na wsi ludzie są biedniejsi i nie potrafią się ubrać? Na wsi są
takie fashionelki, że czasami strach wyjść w dresie na ulice. Są ludzie, którzy
mieszkają na wsi od prapradziadka i jeszcze dłużej, ale bardzo wielu mieszkańców
to osoby, które wybudowały sobie dom uciekając od miejskiego zgiełku (ergo są
bogaci, bo dom to nie taka tania sprawa).

Na wsi nie ma Internetu.

 

Na wsi ciężko o szybki Internet. Ale Internet jest. Owszem,
o 4G trudno, chociaż znajdą się miejsca, w których odbiera. Żyjemy w XXI wieku,
nie róbmy już na wsi średniowiecza i zacofaństwa. Zresztą, na wsi nie ma czasu
na Internet, na wsi pije się kawę na balkonie, w towarzystwie przyjaciółki,
oddycha się czystym powietrzem i patrzy w niebo.

A Ty? Jak Ty widzisz życie na wsi?

Parzę kawę, siadam szybko przy komputerze. Wiem, że ta
godzina to czas, kiedy mogą z Nią porozmawiać. Nie pozwoliłyśmy, żeby różnica
czasowa zmieniła cokolwiek w naszej przyjaźni. Rozmawiamy o pierdołach, o
facetach, o pogodzie. Zwykłe rzeczy. Opowiadamy sobie jak minęły nasze dni.
– Czytasz Humans Of New York? W Pakistanie. – pyta – Te
historie są tak smutne. Na przykład ta historia o ślepcu.
– Tak. Ludzie są podli i okrutni. – odpowiadam.
– Tak sobie myślę, że nasze życia i problemy w porównaniu do
ich życia i tego przez co przechodzą to nic… Jak ten, który mówił, że nie
wierzył, że w miastach są samochody. Albo ten, który pracował całe życie i
cieszył się, że zobaczył w końcu syna.
– Wiesz, z jednej strony żyjemy w świecie pełnym udogodnień
i jest nam łatwiej, a z drugiej ta technologia sprawia, że jesteśmy jeszcze
bardziej nieszczęśliwi. Robimy się przez to pustymi materialistami. Ci ludzie
celebrują każdą chwilę z rodziną i najbliższymi. My celebrujemy nowe odcinki
Gry o Tron i Teen Wolfa.
– Przejmujemy się durnymi sprawami.
Rozmowa trwała jeszcze dłużej. Moje myśli zeszły na tor
przyjaźni i celebrowania chwil. Z Nią zawsze znajdziemy czas dla siebie. Kiedy
nie dzielą nas tysiące kilometrów tylko dwa przystanki autobusem, zawsze
znajdziemy chwilę, żeby się spotkać przy kawie i poplotkować. Codziennie
godzinami piszemy ze sobą na Facebooku, od rana do wieczora. Rozmawiamy o tych
poważnych sprawach i tych mniej poważnych.
Nastała moda na slow life. Powoli wracamy do spotkań ze
znajomymi, nie ograniczamy się do imprez, zresztą część z nas już z tego
wyrosła. Będąc na studiach często rozmawiałam z Nią i z moim Przyjacielem na
temat zwykłych spotkań. Wspominaliśmy czasy dzieciństwa. Kiedy to koledzy i
koleżanki po prostu przychodzili do Twojego domu i pukali do drzwi, żeby
zapytać czy masz czas wyjść. Każdy miał czas. Nieważne, że jutro szkoła, że
trzeba nauczyć się na sprawdzian z matematyki.
Będąc na studiach zawsze miałam czas. Jeśli nie szliśmy na
imprezę, to chodziliśmy coś zjeść. Gotowaliśmy wspólnie obiady. Chodziliśmy
razem na zakupy, kiedy mama kolegi miała urodziny. Cierpieliśmy razem rano po
całonocnym piciu i dzieliliśmy się butelką wody w autobusie. Razem
decydowaliśmy, że zamiast na zajęcia pójdziemy na otwarcie nowej knajpy.
Spędzaliśmy ze sobą mnóstwo czasu i nigdy się sobą nie nudziliśmy.
Wiele razy rozmawialiśmy na temat dzieciństwa. Wiele razy
zadawaliśmy sobie pytanie czy faktycznie technologia poprawiła nam życie, czy
może na odwrót. Staliśmy się więźniami Facebooka, telefonów. Jedynym sposobem,
żeby się skontaktować z niejedną osobą było napisanie wiadomości na Messengerze,
bo telefonu nie odbiera, ale wiedzieliśmy, że tam zawsze jest aktywna. W pewnym
momencie przestaliśmy rozmawiać o imprezach. Zaczęliśmy rozmawiać o nowych
odcinkach seriali. O śmiesznych filmikach na Youtubie. O tym czy iPhone jest
lepszy od telefonów z Androidem. Zapomnieliśmy, że kiedyś świetną rozrywką było
czytanie książek. Albo spacer po lesie. Z niektórymi nie rozmawiamy już na
poważne tematy. Z innymi w ogóle już nie rozmawiamy.
Marzę o powrocie do czasów dzieciństwa ze względu na te
przyjaźnie na zawsze. Oparte na zwykłej rozmowie. Cieszę się, że mam wokół
siebie ludzi, z którymi mogę umówić się z dnia na dzień na wspólne śniadanie
czy posiadówę przy kawie. Że mam dla kogo piec Brownie i zawsze usłyszę, że
coraz lepiej mi idzie. Że mogę kupić syrop malinowy do kawy i piekielnie drogą
kawę w Starbucksie i wiem, że ktoś ze mną ją wypije. Wiem, że kiedy będę miała
gorszy dzień, to Oni nawet będąc za granicą będą chcieli mi pomóc. Za to Ich
kocham.
Od jakiegoś czasu po sieci krąży ten filmik <klik>, który był niejako inspiracją do zdjęć do tego posta. Po zrobieniu zdjęć przysiadłam przy komputerze. Nikkie tym filmem chciała pokazać jak ogromną siłę ma makijaż. Owszem, ma ogromną moc, ileż to zdjęć gwiazd oglądamy codziennie na portalach plotkarskich podczas zakupów, gdzie nie mają makijażu i patrzymy zaraz na ich zdjęcia z czerwonego dywanu czy na stop-klatki z filmów.
Ale ja dzisiaj nie o tym (suprise). One z tego żyją, a my? Dlaczego się malujemy?
Znam wiele dziewczyn, które w życiu nie pokazałyby się na ulicy bez makijażu. Sama przechodziłam taki etap, bodajże w gimnazjum i liceum. Niektóre moje koleżanki przechodzą ten etap do dzisiaj. Bo facet nie może zobaczyć swojej kobiety bez makijażu! Znam przypadki, gdzie dziewczyna kładzie się spać w makijażu, czeka aż partner zaśnie, idzie się umyć i wstaje rano przed partnerem, żeby nałożyć make-up. Jeszcze zobaczy mnie brzydką! True story, to nie są zmyślone rzeczy, które opowiadają mamy, to się naprawdę dzieje. Dacie wiarę? Nie wyobrażam sobie, żebym miała tak funkcjonować. Rozumiem, że niektóre dziewczyny mają problemy z cerą, kompleksy. Nie wierzę, kiedy mówią, że facet przestanie je kochać kiedy zobaczy je bez makijażu.
Nie mam idealnej twarzy, czasami puchnę, jakiś czas temu powieki mi trochę opadły (a może wcześniej nie zwracałam na to uwagi), czasem coś się pojawi na mojej twarzy. Ale odkąd zaczęłam spotykać się z moim facetem nie nakładałam tony „szpachli” na twarz, odkąd z nim mieszkam nie mam w zwyczaju się malować na co dzień. Może dlatego, że jestem leniwa. Głównie dlatego, że nie widzę sensu w noszeniu makijażu codziennie, skoro czasami nawet nie wychodzę z domu. A nawet jeśli wyjdę, to nie będę się przecież pindzlować na wyjście do warzywniaka po pietruszkę. Sklepowa też człowiek, zrozumie.

Ile zajmuje Ci przygotowanie się do wyjścia?

Gwiazdy spędzają kilka – kilkanaście godzin na przygotowaniach, by wyglądać cudownie. I przeważnie nie robią tego same. Mają wizażystów, fryzjerów, stylistów.
Ile Tobie zajmuje przygotowanie się na wyjście, kiedy nie posiadasz takiego zaplecza i wszystko musisz zrobić sama?
Powiedzmy, że idziesz na imprezę i masz cały dzień. Jesteś normalną Kasią z Poznania i wybierasz się na miasto ze znajomymi. Wszystkie Twoje koleżanki będą wyglądać bosko.
Co robisz?
Zaczynasz od kąpieli/prysznica. Myjesz głowę. Może jakiś peeling. Odżywka na włosy. Golisz się. Ewentualnie katujesz się depilatorem. Nakładasz balsam. Minęła godzina.
Włosy mokre, trzeba coś z nimi zrobić. Spędzasz dziesięć minut zastanawiając się czy lepsze kręcone czy proste. A może fale? W końcu stawiasz na fale, bo to hit sezonu i wszyscy noszą fale. Twoje włosy są kręcone i za cholere nie zrobisz fal dopóki nie wysuszysz ich na szczotce. Pół godziny. Skończyłaś? Pewnie i tak coś jest mokre. Kolejne dziesięć minut na dosuszenie.
W końcu masz prawie proste i suche włosy, grzejesz swoją prostownicę. Zaczynasz proces od początku, pryskasz włosy swoim termoochronnym spryskiwaczem, dzielisz je na warstwy i dawaj. W zależności od tego jak dużą masz wprawę i jak długie włosy, kręcenie ich na prostownicy zajmuje Ci od piętnastu do czterdziestu pięciu minut. Po skończeniu jeszcze sól morska i włosy masz gotowe. Minęło półtorej godziny.
Idealny makijaż? Co to dla Ciebie? Podkład, puder, brwi, cienie, blendowanie, konturowanie, szminka, i tak dalej. Pół godziny, chyba że jesteś bardzo dokładna albo kreska z eyelinera Ci nie wyszła, dolicz pół godziny.
Może paznokcie pomalowałaś wczoraj, więc nie będziemy doliczać kolejnej godziny na malowanie, bo przecież dokładnie tyle by Ci to zajęło, żeby lakier wysechł i nie odbił się wszędzie i na wszystkim. A paznokcie musiałabyś malować od początku.
No tak, najważniejsze. W co się masz ubrać?! Odwieczny problem kobiet. Szafa pełna, ale nic się nie nadaje. Przymierzasz tonę ciuchów, żadne nie pasują, a to nie masz dobrego swetra, a to butów. W końcu i tak ubierasz to, co chciałaś ubrać od samego początku, ale kolejne pół godziny zleciało.
Pakujesz torebkę, co zajmuje Ci jakieś piętnaście minut, jesteś już spóźniona, wiec lecisz do wyjścia. Po czym będąc w autobusie przypominasz sobie, że zapomniałaś portfela.
Całkowity czas: od trzech do pięciu godzin.

Po co?

Gwiazdy spędzają na przygotowaniach do wyjścia tyle czasu, bo na każdym kroku czyhają na nie tłumy paparazzi i bez makijażu wygląda się na zdjęciach marnie. Jakiś czas temu utarło się na świecie, że najpiękniejsze dziewczyny są pomalowane. Mają mocny makijaż i pięknie ułożone włosy. I nie wmówicie mi, że faceci oglądają się częściej za naturalnie wyglądającymi dziewczynami. BO TAK NIE JEST. Kiedy nie jesteś ubrana wyzywająco, to facet prędzej obejrzy się za Tobą gdy masz fajny makijaż i ładne włosy, niż jakbyś nie była pomalowana i zrobiła kokon na głowie (chyba że wyglądasz jak straszydło, wtedy obejrzy się z innego powodu). Stroimy się tylko i wyłącznie dla kogoś. Dla koleżanek,  facetów, ludzi na ulicy, dla pani w warzywniaku.
Nie wmówicie mi, że jest inaczej, sobie też nie wmawiajcie. Bardzo niewielki odsetek kobiet robi to dla siebie, bo chcą się czuć piękne. A i tak prawda jest taka, że robią to dla innych, bo chcą ukryć swoje mankamenty i kompleksy.
Jakbyście malowały się dla siebie to stroiłybyście się codziennie, zamiast chodzić cały tydzień w piżamie po domu.

Kończąc…

Mogłam trochę wyolbrzymić, nie wszystkie takie jesteśmy. Może wywołam burzę, ale co tam. Przygotowanie się na zwykłe wyjście ze znajomymi zajmuje mi maksymalnie godzinę. Zwykle nie chce mi się stroić i nie mam na to zwyczajnie czasu. W końcu ile innych rzeczy można zrobić w ciągu tych dwóch, a nawet czterech godzin. Chciałam tylko zwrócić uwagę na to, że powinnyśmy zacząć bardziej doceniać nasze atuty, niż zakrywać nasze kompleksy warstwą szpachli. Zacznijcie się lubić za to, jakie jesteście! <3
Jeśli chodzi o zdjęcia. Wykorzystałam fakt, że moja twarz jest trochę opuchnięta po wczorajszym balu, włosy jeszcze dają radę po wczoraj. Malowanie się do sesji i robienie tych zdjęć było niezłą zabawą! 🙂

A ile Tobie zajmuje przygotowanie się do wyjścia? Faktycznie stroisz się dla siebie? A może dlatego, że chcesz poznać tajemniczego przystojnego bruneta?

Siedząc wczoraj z książką i herbatą z cytryną zaczęłam się zastanawiać. Jakiś czas temu w mediach zaszumiało, kiedy najnowsze badania ukazały, że aż 60% Polaków nie czyta. Dziesięć milionów osób nie posiada nawet jednej książki, wliczając w to e-booki. Przeglądając blogi często widzę, że jednak blogerzy czytają. (A może tylko robią zdjęcia książek?) Przeważnie są to młode osoby, w moim wieku, może trochę starsze, może młodsze. Odwiedziłam kilkanaście portali, na których ludzie wypowiedzieli się dlaczego książek nie czytają albo podejrzewają dlaczego inni omijają tego typu źródło rozrywki.

 

#Żyjemy w erze wszechobecnej telewizji i seriali

Wiele osób sądzi, że wszystkiemu winne jest pudło z kolorowymi obrazkami. Jesteśmy obrzucani z każdej strony nowymi serialami, kinowymi nowościami, ciekawymi programami. Kiedy jednak przeciętny Kowalski po powrocie z pracy włączy sobie telewizor dla odprężenia, jedyne co może obejrzeć to Trudne Sprawy, Dlaczego Ja i Słoiki. Wieczorem zamiast MegaHitu po raz dwudziesty ogląda pierwszą część Transportera, którą pewnie dla przyjemności obejrzał już pięć razy przez Internet. Jest ogłupiony przez telewizję, która jest na nieco niskim poziomie, jeżeli weźmiemy pod uwagę wszystkie te paradokumentalne programy. I nie ma ochoty na książkę, która może, a nie musi okazać się ciekawa, kiedy alternatywą jest całkowicie przewidywalny los Anny z Wygłupka. I nawet nie trzeba się wysilać.

#A Młodzi?

Rozmawiałam z Przyjaciółką jakiś czas temu. Zastanawiałyśmy się – dlaczego tak mało czytamy? Bo nie mamy czasu? Moje myśli przemknęły po moim zwyczajnym dniu. Pracuję głównie w domu, poza domem w weekendy, jeśli dobrze zaplanowałabym dzień, to oczywiście, że znalazłabym czas na książkę. Ale moje myśli przebiegły w innym kierunku. Co robię, że nie czytam? A no właśnie. Problemem młodego społeczeństwa są seriale. Amerykańskie. Niekoniecznie ciekawe, czasami oglądane, bo widziałeś pierwszy sezon i może w drugim się coś więcej wydarzy. Młodzi ludzie potrafią obejrzeć dwa, trzy odcinki ulubionego (albo nowego) serialu dziennie, czasami więcej. Gdyby poświęcili czas jednego odcinka na czytanie książki, znaleźliby czas. Problemem nie jest pudło z obrazkami, ale brak podstawowych chęci.

#Brak zachęty do czytania od najmłodszych lat

Po prostu dzieci przestało się zachęcać do czytania. Nie twierdzę, że jest tak teraz i w tym momencie.  Bo po prostu nie utrzymuję kontaktu z nikim, kto ma małe dzieci. Wiem, że było tak niecałe dziesięć lat temu, kiedy dzieci, którymi się opiekowałam miały po 8 lat. Nie mogłam zrozumieć, że nie chcą czytać. Wręcz uważają, że to jakaś straszliwa kara. Zaczęłam się bardziej przyglądać. Komputer. To pierwszy problem, który zauważyłam. Komputer jest ekscytujący, wszyscy ośmiolatkowie grają na komputerze. Telewizja oczywiście. Wygodniej opłacić super abonament z programami dla dzieci i puścić im ogłupiającą bajkę, niż dać im książkę do ręki. Oglądałam raz te bajki, które były wtedy tak popularne. Może byłam już za duża. Długo nie pooglądałam.
Dzieci biorą przykład z rodziców. Dlaczego one mają czytać, skoro mama i tata tego nie robią? Mama i tata przychodzą do domu, odgrzewają obiad i włączają telewizję. Obserwując wtedy matkę dzieci byłam zdziwiona. Bo to właśnie ich matka spowodowała, że ja byłam (i jestem) tak zakręcona na punkcie czytania.
Dzieci nie lubią książek przez szkołę. Przestarzały program nauczania po prostu zniechęca do  czytania książek. Wiem, bo sama przeszłam przez fazę, kiedy czytać nie chciałam. Co z tego, że jedna na dziesięć obowiązkowych lektur była ciekawa? Nauczycielka skutecznie ją obrzydziła, kiedy kazała uczyć się charakterystyk, a każdą próbę interpretacji dusiła w zarodku, jeśli tylko nie była zgodna z programem. Dużo winy leży w naszym systemie edukacji.

#Brak mody na czytanie

Czytanie przestało być modne. Taka prawda, człowiek stworzenie, które podąża za trendami społecznymi. Nikt nie zapyta „czytałeś to?”. Teraz trendujące jest – „byłam w kinie na tym, widziałeś?”. Czytasz książki? Ale z Ciebie nudziarz.

#Brak korzyści

Chyba najbardziej przerażającą rzeczą, którą przeczytałam robiąc research do tego posta było, że czytanie nie wnosi nic interesującego do naszego życia i nie przynosi nam żadnych korzyści. SERIO? Aż nie chce mi się na ten temat rozpisywać, bo wyszedłby z tego niezły esej. Załóżmy, że największymi korzyściami jest poszerzanie horyzontów i pobudzanie wyobraźni.

#Ceny książek

Nie oszukujmy się. Ceny książek są powalające. Książka za 50 złotych? Mam za to dwa całkiem niezłe obiady na mieście albo zakupy na trzy dni. Szanuję, że cena papieru, wydruku, projektu itd. Ale, są też e-booki, które wcale dużo tańsze nie są. Kiedy mam wybrać między e-bookiem za 25 złotych, a papierową wersją za 30, to oczywiście, wybiorę wersję papierową. Z bólem serca, jeżeli naprawdę naprawdę chcę tą książkę posiadać. Same ceny do czytania nie zachęcają, chociaż w dobie Internetu dla chcącego nic trudnego. No i mamy jeszcze biblioteki. Które niestety w większości są biednie wyposażone, nie znajdziemy w nich nowości, a jeśli już się pojawią, to w kolejce oczekujących jest piętnaście innych osób.

#Nie każdy lubi

Te zdanie przewinęło mi się kilka razy. Szanuję to, nie każdy lubi czytać, niektórzy wolą słuchać muzyki czy zająć się bieganiem, jak ktoś napisał na jakimś forum. Nie muszę tego rozumieć, ale uszanuję.
Czytanie wnosi w nasze życie bardzo dużo, chociaż może wiele osób przestało to zauważać. Serial nie rozwinie Twojej wyobraźni. Nie poszerzy słownictwa, chyba że uczysz się angielskiego i oglądasz w oryginalnej wersji bez napisów i bez lektora. Mimo to, lepiej sięgnąć po książkę po angielsku, gdzie nie tylko nauczysz się nowego słownictwa, ale i dowiesz się jak dane słowo się pisze.
Czy badania mnie przerażają? Tak, kiedy patrzę na dzieci, którym wyłączając telewizor i zabierając komputer odbiera się życiowe szczęście. Bo nie mają wystarczająco rozbudowanej wyobraźni, żeby zająć się sobą. O swój rocznik się nie martwię, bo widzę, że wracamy do czytania, a książki znów zaczynają być w modzie. Jeśli chodzi o ludzi starszych, co mogę powiedzieć. Może przeczytali w swoim życiu już wystarczająco dużo i teraz ich sposobem na relaks jest pudło z obrazkami?

A Wy? Czytacie książki czy jesteście z tych osób, które uważają, że to nudne? Jaka jest ostatnia książka, którą przeczytałeś/przeczytałaś?